Ochłonęliśmy już po wyborczych wydarzeniach, nadszedł czas na przeanalizowanie pomysłów Premiera wygłoszonych podczas listopadowego expose. Wśród szeregu reform znalazł się pomysł wydłużenia oraz stopniowego zrównania wieku emerytalnego kobiet i mężczyzn. Jak ma to wyglądać w praktyce? Czy musimy obawiać się naszej przyszłości?
Reforma nie wejdzie w życie od razu, ale będzie rozłożona w czasie. Zgodnie z zapowiedziami co cztery miesiące wiek emerytalny zostanie wydłużony o miesiąc tak, aby w końcu wyniósł 67 lat dla obu płci. W przypadku kobiet punkt ostateczny nastąpi dopiero w 2040 roku, w przypadku mężczyzn – już w 2020.
Zapowiedziana reforma to spełnienie oczekiwań ekonomistów, którzy od dawna krytykują niewydolność systemu emerytalnego. Pomysł ma też odzwierciedlenie w tendencji do wydłużenia aktywności zawodowej europejczyków.
Problemy niewydolnościowe wynikają z wydłużenia się długości życia człowieka, przy zmniejszającym się przyroście naturalnym. Wydłużenie wieku emerytalnego byłoby zwieńczeniem trwającej od lat reformy emerytalnej.
Przed 1999 rokiem w Polsce obowiązywał tzw. system repartycyjny (system emerytalny oparty na umowie pokoleniowej, w którym pokolenie pracujące finansowało emerytów z ich bieżących składek), którego pozostałością jest obecny I filar. System spełniał oczekiwania w okresie wyżu demograficznego. Problemem jest przybywanie emerytów, przy jednoczesnym spadku liczby zatrudnionych. Rząd chce ratować gospodarkę wprowadzając tzw. emerytury kapitałowe, w których każdy odkłada na swoją przyszłość na indywidualnym koncie w Otwartym Funduszu Emerytalnym.
Po co więc wydłużenie wieku emerytalnego? Gdyby pozostał on na dotychczasowym poziomie Polacy mogliby liczyć jedynie na niskie emerytury. Natomiast niższy wiek emerytalny kobiet sprawiłby, że ich emerytury byłyby o wiele niższe, niż emerytury mężczyzn.


